• Post Slideshow Image
  • Post Slideshow Image
  • Post Slideshow Image
  • Post Slideshow Image
  • Post Slideshow Image

BEZ PRZESADY

  • Post Slideshow Image
  • Post Slideshow Image
  • Post Slideshow Image
  • Post Slideshow Image
  • Post Slideshow Image

Od niedzieli dostałam jakieś milion wiadomości i bezpośrednich pytań dlaczego zamknęliśmy kawiarnię, co się wydarzyło i jak się trzymam. Wierzę, że pytacie głównie z troski, troszkę może też z ludzkiej ciekawości. Wybaczcie, że nie odpisuję, niechętnie odpowiadam ze szczegółami. Ciężko byłoby każdemu odpowiedzieć, a przede wszystkim nie bardzo mam ochotę opowiadać o tym każdej napotkanej osobie ponieważ są to po części bolesne dla mnie tematy, które chcę zostawić za sobą, a nie rozgrzebywać 10 razy dziennie i jedynie na tym się skupiać.

W dużym skrócie – jak nie wiesz o co chodzi, to chodzi o pieniądze. O ile uważam, że z całym naszym zespołem stworzyliśmy cudowne miejsce, pełne energii, miłości, pasji, z ogromnym potencjałem, z super pysznym-zdrowym i „modnym” jedzeniem, koncept, który ludzie naprawdę pokochali i chętnie odwiedzali, to niestety od samego początku zabrakło jednego, bardzo ważnego czynnika – kalkulacji, a dodatkowo kawiarnia była za duża  🙂 Każdy kto prowadzi dużą firmę czy gastronomię wie, że to, że firma ma wysokie obroty, a w przypadku gastro – gości – to jeszcze nie wszystko. Są jeszcze koszta, które czasami ciężko „okiełznać”. Tym bardziej gdy nie ma się doświadczenia. Serce, pasja, kreatywność czy zaangażowanie to jedno. Ale tutaj niezbędne jest też doświadczenie i kalkulacje. Tylko połączenie tego pierwszego z tym drugim może zaowocować pełnym sukcesem, choć i w tym przypadku jeżeli chodzi o gastronomię nie ma absolutnie takiej pewności…

Pewnie często słyszycie, że „gastro” to jeden z najtrudniejszych biznesów świata. Też to słyszałam 😀 Ale o tym jak bardzo jest to prawda przekonałam się dopiero po otwarciu kawiarni. W bardzo dużym skrócie jest to codzienna fala spadających na ciebie problemów, najczęściej takich, o których nie miałaś pojęcia, że w ogóle mogą się pojawić, rozwiązać trzeba je natychmiast, przy czym do części totalnie nie wiesz jak się zabrać. I mówię to ja – kobieta pracująca, odważna i obrotna. Nie chcę jednak, żebyście pomyśleli, że kawiarnia była dla mnie „problemem”. Nie, nie, nie. Rzeczywiście generowała sporo stresu i „wyzwań”, zdarzały się momenty „p*******, mam dość”, zdarzało się, że ciągnęło mnie to wszystko straszliwie w dół, ale mimo to, mimo wydarzeń kilku ostatnich tygodni czy miesięcy (totalne kombo i rollercoaster emocjonalny z materiałem na grubaśną książkę) oraz mimo tego, że w zasadzie nazywając rzeczy po imieniu jest to jakiegoś rodzaju porażka, to patrząc wstecz, nie widzę żalu i bólu, a przepiękną przygodę, doświadczenie, czuję dumę i co dziwne – siłę. A w związku z tym, że tak już mam, że zawsze czuję dużą ulgę po wyrzuceniu z siebie nadmiaru emocji, piszę tutaj – zaspokajam waszą ciekawość, uspokajam martwiących się, siebie oczyszczam, spisuję podsumowanie BEZ PRZESADY i przede wszystkim podziękowania 🙂 

O tym, że będziemy się zamykać wiedziałam od kilkunastu dni. Lokal miał już nowego najemcę. O tym, że nastąpi to ostatecznie 12.05 dowiedziałam się dzień wcześniej wieczorem… Strzał niesamowity, ale nie było wyjścia, trzeba było się szybciutko pozbierać, założyć najwyższe obcasy i pożegnać gości. Miało to swoje plusy, na zasadzie „szybkie zerwanie plastra”. Ci którzy mnie znają dobrze wiedzą, ile znaczyło dla mnie to miejsce. Ile wsadziłam tam serca, pracy, pomysłów, ile było poświęceń, łez, nerwów, radości, ile czasu, wysiłków, walki. Sama w związku z tym zaczęłam się zastanawiać jak to jest, że obecnie po zamknięciu czuję się naprawdę nieźle…  Myślę, że odpowiedzią są głównie otaczający mnie ludzie, a dokładnie wsparcie moich rodziców, moich przyjaciółek i pracowników Bez Przesady 🙂 To moja siła i moja duma, ludzie, którzy trzymali na powierzchni.

Dziewczyny z Bez Przesady 🙂 Myślę, że nie do końca zdajecie sobie sprawę, jakim byłyście dla mnie wsparciem i za to ogromnie dziękuję. Dziękuję za każdą karteczkę i napis na lustrze „Kochamy cię, będzie dobrze!”, dziękuję za każdą pomoc, dziękuję za każdą jajecznicę z pomidorkami ułożonymi w serce, za każdą waszą wiadomość czy w czymś mi pomóc i za wszystko co robiłyście, żeby pomóc o czym ja nie wiedziałam bo jestem pewna, że sporo tego było. Dziękuję Kini za każdą pyszną kawę i dolewanie wody zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć oraz za uśmiech, który za każdym jednym razem rozpromieniał i mnie. Adzie za pomoc w obliczeniach <3 Marcie za dostawy i każdą wiadomość „daj znać jakbym mogła pomóc w czymś jeszcze” <3 Werce za łatanie dziur w grafiku i Zosi za cudowne ciasta i czasem pracę ponad normę. Ogromnie dziękuję Eweli <3 Robiłaś najwięcej i myślę, że robiłaś też dużo więcej niż ja wiem m.in. po to, by odciążyć mnie 🙂 Zuzia (weteran!), Anżelika (mój mały zadziorek), Ewela, Madzia, Olka (piesek) Klaudia (płakałam jak czytałam Twoją wiadomość <3), Sonia, Małgosia, Monia (drugiej takiej jak Ty to nie ma). To naprawdę wy byłyście moją siłą, trzymałyście mnie na nogach, a poczucie, że jestem dla was kimś ważnym, że zbudowałam taki zespół i zasłużyłam sobie na takie wsparcie, dodawało mi skrzydeł, otuchy, wiary w siebie  i ostatecznie dały mi poczucie, że mimo tej „porażki” stworzyłam coś niesamowitego. Bo to nie było normalne, że 17 bab pod jednym dachem zamiast się kłócić wspiera się, lubi i szanuje. Dziękuję jeszcze za to, że tak pięknie walczyłyście do końca.  Przed nami jeszcze wiele cudownych przygód chociaż nie wiem czy taka jak ta, mogłaby się powtórzyć 🙂

Ogromne podziękowania także za słowa wsparcia oraz każdą wiadomość od naszych klientów, w szczególności tych, których spotykam oraz którzy praktycznie każdego dnia do mnie podchodzą! Chciałabym tez podziękować za wszystko moim wspólnikom, bez których nie byłoby nic, ale tak jak w przypadku rodziców i przyjaciół nie będę się rozpisywać, bo czuję, że to nie odpowiednie miejsce akurat na te podziękowania 😉

Tak sobie tłumaczę, że wszystkie smutki świata wylałam już przez ostatnie kilka tygodni czy miesięcy (a w zasadzie cały ostatni rok) jednocześnie godząc się z tym wszystkim, wyciągając lekcje i odbijając się od podłogi. Teraz mam przeczucie, że wszystko co złe już za mną. Wiem, jakie mam cele, wiem co mam robić, mam plan, tonę wsparcia, jestem młoda, piękna, zdrowa, doświadczenie ponadprzeciętne więc i trochę mądrości życiowych przybyło no i mam moją moc i energię, której mimo czasowych spadków nigdy mi nie braknie.

Life goes on 😉


Olga Lewandowska

Jestem absolwentką Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu na kierunkach Dietetyka oraz Zdrowie Publiczne, gdzie z wyróżnieniem uzyskałam tytuł magistra. Prywatnie – pasjonatka aktywności fizycznej i gotowania, zawodowo – właścicielka i dietetyk we wrocławskiej poradni dietetycznej Olga Lewandowska Dietetyk. Dietetyka od zawsze była moją pasją. Z tej pasji zrodziła się kolejna – gotowanie:) Mieć pasję w życiu – coś pięknego:) Żyć tą pasją – coś najpiękniejszego:) Pogodzić kilka pasji w jedną – nieocenione!
Zobacz także

Skomentuj